Recenzje

Kształt płynnej miłości

Film: "Kształt wody"

Autor: Jan zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Każdy z nas kto po raz pierwszy uczestniczył w swoistym pokazie magii i baśniowego świata jakim bez wątpienia jest „Kształt wody” Guillermo del Toro na pewno wchodził w fantasmagoryczny „kształt” wody z zapartym tchem. Już od pierwszych sekwencji operatorskich Dana Laustsen’a możemy poczuć niesamowitą więź z obrazem, a zarazem poczuć się odosobnionym i nierealnym bytem, który dryfuje gdzieś w morskiej otchłani, w świecie lepszym, w świecie czystszym i przejrzystszym.Właśnie tak czuję się Elisa (fenomenalna w swej roli Sally Hawkins) niema sprzątaczka pracująca w rządowym laboratorium, której życie codzienne poznajemy już od pierwszych tchnień filmu. Nie jest to jednak życie przeciętne i szare. W codzienności Elisy nie ma idyllicznych pastelowych kolorów tak popularnych w latach 60-tych, nie ma tu miejsca na pokazywanie plastikowej maski przywdziewanej zaraz po wstaniu z łóżka. Elisa widzi świat w swoich własnych barwach nierzadko odrealniając świat, tym samym zakrzywiając postrzeganie świata przez osoby, którymi się otacza. Wśród codziennych rytuałów Elisy nie brakuje wspólnych śniadań, musicalowych seansów czy nawet cotygodniowej barwiącej język tarty cytrynowej z Gilesem (Richard Jenkins), jej wiernym sąsiadem, który wciąż wiedziony optymistycznym spojrzeniem na świat ma zamiar wycisnąć jeszcze z życia ostatnie soki. W końcu w życiu Elisy nie może również zabraknąć wspólnych rozmów z jej wiecznie narzekającą „partner in crime” Zeldą (Octavia Spencer), która wie jak ożywić nudną i monotonną pracę w rządowym laboratorium. Tak oto wiedzeni wielobarwną smugą pędzla del Toro przez groteskową monotonię życia „księżniczki bez głosu” w końcu natrafiamy na generalnego protagonistę mającego wprowadzić zamęt w pozornie idealnie ułożonej układance szczęścia głównych bohaterów. Do laboratorium przybywa bowiem nowy „obiekt” mający być tym najcenniejszym w zbiorach placówki, a wraz z nim również sadystyczny i względnie „opanowany” szef nowej ochrony Richard Strickland (jak zwykle mocna rola Michaela Shannon’a). Tajemniczym obiektem okazuje się być człowiek amfibia (Doug Jones) – istota, którą Strickland dostarczył do laboratorium wprost z dzikich rejonów Amazonki, gdzie tamtejsza ludność czciła ją jak boga. Zrządzenie losu sprawia jednak, że wcale nie dla rządu, ani nawet dla sowieckich szpiegów tylko właśnie dla Elisy laboratoryjny „obiekt” staje się najcenniejszą istotą na ziemi. Tworzy się między nimi niesamowita nić porozumienia, która w zagadkowy sposób dotyka także każdego z Nas bez względu na wiek czy upodobania. Chęć porozumienia z drugą osobą widzimy w Gilesie, który desperacko próbuje przyciągnąć na siebie wzrok „Pie Guy’a”, widzimy ją także u Zeldy, który dałaby wiele za choćby słowo podziękowania od męża, którego wciąż musi wychowywać jak dziecko. Jednak Elisa nie potrzebuje nawet słów by móc dostrzec w oczach tak podobnej sobie istoty chęć poznania i kształtowania wspólnej relacji. I gdy z tak wielobarwnego ekranu widzimy tańczącą do swingu Benny’ego Goodman’a Sally Hawkins już wiemy, że niemy związek na zawsze przerwał milczenie Elisy i że zrobi ona wszystko by ochronić przed wiwisekcją istotę, która przecież według doktora Hoffstetler’a (Michael Stuhlbarg ) „posiada emocje”. Widząc jak wiele jest gotowy poświęcić każdy z tych ludzi by uratować uczucie przed rychłą zagładą na pewno każdy z nas śledzi przebieg akcji wstrzymując momentami oddech, pragniemy triumfu miłości, triumfu pięknego uczucia, które rodzi się nieme, ale czy nieme pozostaje ? Ile jesteśmy w stanie poświęcić w imię miłości, o którą walczymy na wszelkich wojnach, a która daje nam szczęście i głos w podejmowaniu ważnych decyzji o przetrwaniu i zrozumieniu ? Kto w tej historii jest „potworem” i które istnienie ma zostać poddane próbie człowieczeństwa.Guillermo del Toro jak zawsze w swoich filmach stara się przemycić pod płaszczem baśniowości ważne dla widza względy wiary w ludzkość, która przez lata wciąż nie rozumie istnienia miłości dla wolności i osamotnienia. I chociaż historia zahacza o elementy polityczne, seksistowskie oraz razistowskie dziejąc się w latach „zimnej wojny” wszystkie podjęte tu tematy są wciąż aktualne i tak jak w jednej ze scen Elisa „wykrzykuje” wewnętrznym głosem: „Jeśli nic nie zrobimy, to też jesteśmy niczym”. O powolnym zanikaniu znaków miłości we współczesnym świecie świadczyć może wyjątkowo chłodne przyjęcie „Kształtu wody” zwłaszcza wśród wielu polskich widzów, którzy starając się omijać baśniowe konwenanse del Toro biorą historię niemej miłości dwóch istot jako temat do swobodnego żartu poprzez karykaturalne przeobrażenia wizerunku tej miłości na coś w rodzaju: „jest to film o seksie kobiety z rybą”. Pozwalając każdemu na chwilę wstrzymania się do refleksji nad prawdopodobnie najlepszym filmem del Toro od czasu „Labiryntu Fauna” skoncentrujmy się na pięknie i misternie utkanej wizualnej części filmu. To właśnie dzięki nagrodzonej Oscarem scenografii Paula D. Austerberry’ego możemy poczuć klimat lat 60-tych i odczuć tamtejsze realia poprzez pryzmat czarnobiałych musicali, ale także przez wielobarwny świat widziany oczami Elisy przyglądającej się nowym butom przez witryny sklepowe. Na uznanie zasługuję również genialnie skomponowana przez Alexandre Desplat’a (Oscar) ścieżka dźwiękowa, która wnosi w realia U.S.A. klimat rodem z Paryża i niezmiennie prowadzi Nas krętą ścieżką przez całą historię nie pozwalając ani na chwile zapomnieć o swoich delikatnych, ale i stanowczych nutach. Wreszcie nie można zapomnieć o swoistym dyrygencie całej sztuki, o człowieku od którego wszystko się zaczęło. Guillermo del Toro pokazywał nam wielokrotnie jak wielki wpływ na jego kino autorskie miały horrory ze złotej ery Hollywood i jak z jego dziecinnych marzeń wychodzą na ekrany kin stworzone przez niego zaklęte stwory. Jednak to co stworzył w „Kształcie wody” nie tylko pokazuje nam okrutne realia tamtejszych czasów i brak jakichkolwiek uszanowań człowieczeństwa, ale i oddaje w nasze ręce kolejną niesamowitą baśń, która potrafi sprawić, że w snach będziemy przenosić się do świata idealnego „kształtu” płynnej i zasłużonej miłości. Styl del Toro nie musi bowiem zachwycać każdego, gdyż kino przez wszystkie dekady istnienia produkuje wiele różnych estetyk i każdy sięga po coraz to inne wzorce. Jednakże kto widząc kolorowy świat Elisy, który miejscami przywodzi nam na myśl świat dobrze już znanej „Amelii” nie uśmiechnął się chociaż na chwilę wiedziony tą właśnie siłą miłości, która leczy to co niszczy ludzkość, to wszystko co niszczymy sami poddając się by być „niczym” i bojąc się ukazywać tłumione w nas emocje. Być może istotą człowieczeństwa jest tak jak Giles w jednej ze scen narzekać na zły moment naszych narodzin i wciąż starając się powracać do dóbr jakie zostawił nam dawny świat.Być może wtedy, będziemy w stanie dowieść swej siły i odnaleźć w sobie choć trochę miłości by zmienić świat na bardziej przyswajalny i może nawet lepszy. Widząc w tym sens starajmy się odkryć cokolwiek w słowach tak pięknie podkreślających klimat tego filmu:„Nie sposób pojąć twego kształtu, Bo znajdujesz się dookoła mnie. Twoja obecność wypełnia me oczy swą miłością. Poskramia me serce, to że jesteś wszędzie”.

skopiuj url:

Partnerzy