Recenzje

Buntownik z powodu

Film: "Buntownik bez powodu "

Autor: Aleksandra zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Bawi. Frapuje. Wzrusza. Uświadamia. Dokumentuje. Przenosi w inny świat. Zmusza do przemyśleń. Już od ponad stu lat, kino kształtuje naszą rzeczywistość. Zmienia się na naszych oczach, jak figury podczas obracania kalejdoskopem. Nieustannie odkrywa coś nowego, pojawiają się nowe twarze, nowe arcydzieła. Dojrzewa wraz z nami. Wyznacza trendy, ale paradoksalnie, podąża też za modą.

Nieodzownym elementem natury młodego człowieka, jest potrzeba bycia zrozumianym i jednocześnie, jak za pomocą lustrzanego odbicia, chęć rozumienia otoczenia.

Filmów o nastolatkach powstało mnóstwo, pewne schematy są tak utarte, że znamy je na pamięć. Co chwilę pojawiają się wariacje na ich temat. Jednak żaden z nich, nie zapisał się na kartach historii z taką siłą jak "Buntownik bez powodu". Wszystko za sprawą tego, że ukazał świat, który przestał być piękną wydmuszką, młodzi zaczęli ujawniać, że mają prawdziwe zmartwienia, czego efektem było przełamanie wielu barier. Opadła kurtyna, za którą widzieliśmy sztuczne uśmiechanie się półgębkiem, a pierwsze skrzypce grała znana nam z tamtych czasów cenzura. I choć sam obraz posiada niedoskonałości, nie powinniśmy ich negatywnie odbierać, bo to największy walor tego dzieła. Wady pozwalają nam zaakceptować samych siebie. Każdy je ma, mniej lub bardziej widoczne.

Sam reżyser, Nicholas Ray, dał początek w kinie poruszania tematu zbuntowanej młodzieży, interesował się bardzo psychologią ich zachowań. "Buntownik" powstał opierając się na książce dokumentacyjnej doktora Roberta Lindnera z 1944 roku o identycznym tytule. Była to psychoanaliza w hipnozie psychopatycznych kryminalistów, a sam termin psychopata został zdefiniowany jako "niezdolny do wysiłku przez wzgląd na innych".

Co za tym idzie, ważnym elementem fabuły jest zwrócenie uwagi na istotę wpływu innych na nas i relacji interpersonalnych, szczególnie z rodzicami i rówieśnikami, którzy często stają się naszymi autorytetami. Obraz eksplikuje, że potrafi to wywrzeć wpływ na przyszłość. Każdy z bohaterów się z tym zmaga, choć na inne sposoby i z innych powodów.

Słynną maksymę Kartezjusza "myślę, więc jestem", Albert Camus sparafrazował, przekształcając na "buntuję się, więc jestem". Myślenie jest jak oddychanie, nie umiemy bez niego funkcjonować. Tak samo jest z buntem, jest on zakorzeniony w naturze człowieka i stanowi jego integralną, immanentą część. Buntujemy się po to, by poznać swoje jestestwo, smak czegoś nam nieznanego, ale również dlatego, żeby wydorośleć, cieszyć się młodością i nauczyć się jak bronić i wyrabiać własne zdanie poprzez sprzeciwianie się. Niekiedy formuje się tak nasz krzyk o pomoc.

Mit o amerykańskim śnie jest bardzo powszechny, dorośli uważają, że skoro żyjemy w dobrobycie, jakikolwiek bunt nie ma sensu, ponieważ wszystko mamy zapewnione. Trzeba sobie jednak postawić pytanie, czy to wszystko nie znaczy nic, bo mimo tego potrafimy czuć się zagubieni. Nie umiemy się odnaleźć, przeżywamy swoje zawody, porażki, czujemy się samotni lub ignorowani. Samoistnie zaczynamy pojmować, że sprawy materialne nie rozwiążą problemów.

"Zły chłopak z dobrej rodziny" zagrał niewątpliwie swoją życiową rolę, stając się symbolem młodzieńczego buntu. Do dziś możemy się utożsamić z Jimem Starkiem, bo nawet sześćdziesiąt lat po premierze, jego rozterki wydają się być aktualne. Czuje się niezrozumiany, niekochany, nie wie jak powinien zachowywać się prawdziwy mężczyzna ani jak to jest posiadać wspierającą, ciepłą rodzinę. Szuka też przyjaciół, jest w stanie zaryzykować swoje życie by ich zdobyć. Potrzebuje również kogoś, z kim mógłby porozmawiać i wiedziałby, że będzie wysłuchany.

Gwałtowna śmierć Deana przyczyniła się do tego, że stał się legendą. Na zawsze będziemy go pamiętać jako wcale nie beztroskiego chłopaka w czerwonej kurtce, który według opinii krytyków potrafił swoimi gestami i mimiką ukazać więcej niż kilka stron literatury psychologicznej. Ciekawostką jest też to, że o mały włos aby tej roli nie dostał, zaważyło jednak zdanie Raya, który był nim zachwycony, odkąd zobaczył go w ekranizacji powieści Johna Steinbeck'a "Na wschód od Edenu" gdzie grał postać jednego z braci.

Produkcja od lat jest wizytówką amerykańskiego społeczeństwa, pojawia się często w rankingach najważniejszych "klasyków", a od 1990 obraz widnieje w National film registry, czyli liście dzieł która buduje dziedzictwo kulturowe Stanów Zjednoczonych. O jego wpływie na przyszłe pokolenia świadczy na przykład muzyk jazzowy Sebastian z wielokrotnie nagradzanego "La la landu" Damiena Chazella, który jest oburzony gdy słyszy, że Mia nie oglądała czegoś tak kultowego mieszkając w Hollywood. Nawet Tommy Wiseu, reżyser "najgorszego filmu na świecie" fascynował się "Buntownikiem", co widzimy w "Disaster artist" Jamesa Franco. Właśnie w latach 90 powstała piosenka Toma Petty'ego i The heartbreakers o tytule "Into the grade white open", jej jeden wers brzmi "A rebel without a clue", który nawet bez znajomości tekstu udowadnia nam, że przez lata wielu ludzi czerpało z postaci Jamesa, nadal to robi i z pewnością będzie robić.

Warto też spojrzeć na niego od technicznego punktu widzenia, został nakręcony dzięki technice CinemaScope (użyto jej pierwszy raz w 1953 roku), która niesamowicie ubarwia kadry, powodując, że kolory stają się intensywniejsze. Znamienna jest również muzyka, której motyw przewodni był wiele razy powielany.

Aktorzy byli inspiracją dla całego pokolenia, nie tylko ze względu na pewne wzorce postaw, ale i samą kreację wizualną. Natalie Wood i Sal Mineo, którzy tak samo jak ich ekranowy partner szukają swojego przepisu na szczęście, zostali uhonorowani nominacją do Oscara, a fakt, że "Buntownika" kręcono w małym miasteczku ma za zadanie jeszcze silniej nas z nimi zasymilować.

Mimo że już tylko koneserzy kinematografii siegną po taką "ramotę", to bardziej dalekosiężne, znaczenie wyrażenia "buntownik bez powodu" funkcjonuje w języku potocznym do dzisiaj i używają go ludzie, którzy nie mają pojęcia, że takowy film, kiedykolwiek powstał. Świadczy to o niesamowitej nośności i fenomenie, jaki wywołał. Nie tylko zwolennicy, muszą przyznać, że znacząco wsparł powstanie wszechobecnej popkultury.

Mając "naście" lat borykamy się z procesem dojrzewania, poszukujemy własnej tożsamości, aspiracji, marzeń i wartości. I chociaż momentami odnoszę wrażenie, że "Buntownik bez powodu" został stworzony tylko dla mnie, on jednak przenika w zbiorową podświadomość. W następnym wieku młodzi ludzie się nie zmienią, film pozostanie tak samo trafny, wokół nich transfomacji ulegnie tylko przestrzeń. Dla mnie to arcydzieło, które pomaga zrozumieć w jak ważnym etapie swojego życia własnie się znajdujemy, a w oczach Jamesa Deana widzimy targające nim tak znajome poczucie bezradności, przez co nabieramy dystansu. Niezaprzeczalnie, przy pewnej dozie marzycielstwa, w dziele przeznaczonym dla wszystkich - każdy znajdzie cząstkę siebie.

skopiuj url:

Partnerzy