Recenzje

Jak dobrze być superbohaterem

Film: "Thor: Ragnarok"

Autor: Karol zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Gdy Taika Waititi objął posadę reżysera trzeciej części sagi o nordyckim bogu burz, rzesze fanów wpadły w ekstazę. Całkiem uzasadnioną, patrząc na poprzednie, oryginalne i bardzo udane produkcje Nowozelandczyka („Hunt for the wilderpeople”, „What we do in the shadows”). Apetyt rósł wraz z kolejnym dniem bliższym premiery, wraz z kolejnymi mini-zapowiedziami: okładkami pisemek stylizowanych na lata 90., na których ulubione postacie pasowały idealnie do kolorowej i kiczowatej estetyki. Wreszcie wraz z trailerem, któremu do popularności i uwielbienia wystarczył numer Led Zeppelin. Wszystko wskazywało na co najmniej jeden z najlepszych filmów Marvel Cinemtic Universe i wyjątkowo udany romans niszowego reżysera z potężnym studiem. Rzeczywiście, spełniło się. Problem w tym, że bez żadnej nadwyżki – osiągnięte zostały oczekiwania minimalne. Tak, „Thor: Ragnarok” jest jednym z najlepszych obrazów MCU, a Waititi w Hollywood odnalazł się bardzo dobrze. Zawiedzeni będą jednak ci, którzy czekali na prawdziwą rewolucję. O niej mowy nie ma. Zostaje film udany (jako gatunek super-hero - nawet bardzo), jednak zaskakująco bezpieczny.

Natomiast trzeba mu oddać, że w warstwie fabularnej rewolucji jest bardzo blisko. Na tle dwóch poprzednich, napuszonych, ponurych i sztampowych części trylogii, dokonuje się niemała zmiana wizerunkowa. Poczynając od głównego bohatera, którego ojczyzna – Asgard – jest w podwójnym niebezpieczeństwie. Z jednej strony mitologiczna apokalipsa Ragnarok, z drugiej żądna zemsty zaginiona pierworodna ojca Hela (fantastycznie ucharakteryzowana Cate Blanchett). Biedny bóg nie wie, co gorsze, a zanim zdąży zdecydować urocza siostrzyczka zapewni mu czas na spokojne rozważania, wysyłając w to miejsce Kosmosu, w które nikt nie chciałby zaglądać, na planetę, o której nikt nigdy nie słyszał, a na której dyktatorskie rządy sprawuje przerysowany Arcymistrz, czyli Jeff Goldblum (w najlepszym kostiumie w Galaktyce). Po takiej podróży syn Odyna może wrócić tylko silniejszy, ale najpierw musi stracić wszystko, co ma. W niepamięć pójdzie królewskie pochodzenie, w niepamięć pójdą boskie włosy koloru blond, nawet po słynnym Mjölnirze – symbolu godności – śladów nie będzie. Dopiero zerwawszy z przeszłością, krótko obstrzyżony, bez oręża w dłoni, Thor zawalczy (także dosłownie, na arenie gladiatorskiej Arcymistrza) o swoją wartość, jednoznacznie oderwie się od wizerunku wcześniejszych filmów i znów – uratuje wszechświat.

Plan na historię prawie idealny, zwłaszcza dodając istotnych, drugoplanowych bohaterów. Spotkanym na odległej planecie przyjacielem w udręce okazuje się Hulk. Nietypowo przez lwią część opowieści, rzeczywiście ten silniejszy, zieleńszy charakter Bruce’a Bannera. Oglądanie interakcji między bogiem piorunów, a wydającym pojedyncze dźwięki, mającym niszczycielsko – brutalne zapędy zielonym olbrzymem okazuje się nie tylko niemęczące, ale angażujące. Gdzie trzeba zabawne, nawet wzruszające, koniec końców urocze, co stanowi wystarczający komplement dla budowy postaci tak specyficznej. Postaci, do której Marvel ciągle nie ma pełni praw, więc jest ona przedstawiana drogami pobocznymi w filmach dedykowanych innym bohaterom. Tutaj wypada znakomicie, również po zmniejszeniu tętna i przemianie w znerwicowanego naukowca . Serce kradną inne pomniejsze osoby ze świata przedstawionego, jak choćby skory do buntu gladiatorów robot, któremu głos podkłada sam reżyser. Oczywiście Tom Hiddleston jako Loki wypada wspaniale, ale tym razem nie tylko występuje po przeciwnej dla siebie stronie konfliktu, ale też nieco usuwa się w cień, pozwalając zabłyszczeć innym bohaterom. I naturalnie, nawet to robi z największą klasą. W świecie wypełnionym barwnymi, różnorodnymi istotami, bogami, rozczarowująco wypada, bez niespodzianki, czarny charakter. Cate Blanchett wygląda zjawiskowo, ale jej Hela jest jednowymiarową figurą przejaskrawionego łotra, który niczym nie zaskakuje i nie oferuje nic więcej poza odpowiednim wizerunkiem.

Ten zaś zachwyca niemal w każdym elemencie filmu. „Thor: Ragnarok” to zapierający dech w nawet wyprężonych superbohaterskich piersiach, koncert jaskrawych, iskrzących barw i kolorów. Oglądane na ekranie, przerysowane, podkoloryzowane obrazy „żyją” pełnią swych kształtów oraz akcentów z popularnych, minionych dekad. Żyją naprawdę, bo kolejne sceny wydają się być zupełnie bezpośrednio wyciągnięte z komiksowych kart. Waititi chętnie korzysta z wybuchów, błysków, rozświetleń, a każdą postać stawia w odpowiednio absurdalnej sytuacji, podkładając najdziwniejszy zestaw gagów w kinie superbohaterskim. Ostatecznym dopełnieniem wyolbrzymionej, widowiskowej konwencji są starcia wzbijających się na niepokojące dla śmiertelników wysokości, herosów – tytanów. Krzyżują się oręże, ramiona czy wiązki mocy, padają przeraźliwe wrzaski, okrzyki (kategoria wiekowa zasłania dźwiękami wybuchów bluzgi), wydaje się, że świat zmierza ku końcowi, ale wprost przeciwnie – zaczyna grać „Immigrant Song”, nadzieja w pomyślne nieważne czy końce czy początki wstępuje na nowo. I nie trzeba przypominać, że dobro zwycięża. Wspomnieć warto, że na tej daleko posuniętej granicy świadomego kiczu oraz snucia mitów reżyser balansuje z gracją godną nie osiłka Thora, a zwinnego Człowieka-Pająka. Niestety, choć w klimatach tej historii porusza się niezwykle umiejętnie, i pomimo tylu pochwał, muszę dodać, że przy tym niczym nie zaskakuje.

Podobny mix stylów, motywów oraz gatunków już przecież w MCU mieliśmy, był on w najlepszym jak dotąd filmie uniwersum – zanurzonych w czasach VHS-ów, mp-trójek, latach 80., „Strażnikach Galaktyki”. Osiągnięty przez Jamesa Gunna poziom komiksowej zgrywy, brania zdarzeń w nawias, z równoczesnym pełnym oddaniem opowiadanej historii, jest trudny do przeskoczenia. Jak udowadnia najnowszy „Thor” możliwy do osiągnięcia, ale na razie jedynie w formie powtórki. Nie oznacza to, że dzieło Waititiego jest kopią, piękną kolorową podróbką przygód marvelowskich wyrzutków. Znajduje własny język, będąc audio-wizualnym skarbem swego świata, a w pisanych dialogach pobrzmiewając żartobliwym, abstrakcyjnym tonem charakterystycznym dla kina Nowozelandczyka. Jednak w żadnym z tych aspektów nie idzie „na całość”, nie dopuszcza się szaleństwa, nie przekracza granicy. Brakuje mu niewiele, detalu, może podjęcia większego ryzyka. Tymczasem pozostaje sprawnie i z rozmachem zrealizowanym jednym z najlepszych odcinków kinowego serialu. Można by się zastanawiać czy to dużo, czy mało, mnożąc możliwe konteksty i porównania. A tak naprawdę należy przyznać, że owszem, mogło być lepiej, lecz jest co najmniej dobrze. Ciągnącemu się od 10 lat, kilkunastoodcinkowemu serialowi trafił się kolejny epizod, dzięki któremu ponownie kino porywa na chwilę z racjonalnej rzeczywistości i przekonuje jak cudownie jest być pędzącym na ratunek światu superbohaterem z wielkim młotem. Nie mogę nie ponarzekać, ale czuję się przekonany.

skopiuj url:

Partnerzy