Recenzje

Ukryte pragnienia Luki Guadagnino

Film: "Tamte dni, tamte noce"

Autor: Maciej zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

      Włosi mają kino zakodowane w DNA. Subtelni, romantyczni, chwilami nienaturalnie rozemocjonowani, czasami niepokojąco oszczędni. Zawsze „jacyś”. De Sica, Fellini, Antonioni, Bertolucci, a teraz Luca Guadagnino, który wraz z filmem “Tamte dni, tamte noce” rozpoczął pisanie podania o przyjęcie go do tej wybitnej grupy.         

        Jego Toskania, choć na pierwszy rzut oka wydaje się być niewinna, paruje od potu rozgrzanych słońcem ciał. Główny bohater snutej przez Guadagnino opowieści - Elio - jest najmłodszym członkiem inteligenckiej rodziny Perlmanów, która, by urozmaicić sobie wakacje, co roku zaprasza utalentowanego studenta, w którym profesor (ojciec familii) wraz z żoną widzą “potencjał”. Elio jest oczytanym, ale też lekko zawstydzonym 17-latkiem, który próbuje odpowiedzieć na stare jak świat pytanie „kim jestem”. Jak się okazuje, pomoże mu w tym Olivier - przystojny i wygadany doktorant, który w letniej posiadłości Perlmanów zamierza dokończyć swoją pracę. Jego pojawienie się rozpoczyna grę, która czyni “Tamte Dni, Tamte Noce” jednym z najwybitniejszych filmów inicjacyjnych.

   Początkowo ta gra polega na intelektualnej rywalizacji, na zabawie niedopowiedzeniami, a w efekcie prowadzi do uczucia, które nadaje filmowi Guadagnino charakter uniwersalnej opowieści o poszukiwaniu własnej tożsamości. Elio, świetnie zagrany przez Timothee Chalameta, przez dwa miesiące ma szansę na odkrycie siebie. Zaczyna od spróbowania miłości z Marzią, uroczą i pociągającą Włoszką, przywodzącą na myśl postacie grane przez Claudie Cardinale czy Sophię Loren. Póżniej zakochuje się w Olivierze - pierwszy raz w życiu namiętnie, może naiwnie, ale szczerze i do bólu.

    W przeciwieństwie do większości filmów poruszających tematykę LGBT, bohaterowie nie są narażeni na izolację społeczną. Homoseksualizm nikogo tutaj nie dziwi, nie szokuje, nie jest także sednem całej historii. Często podkreśla to autor scenariusza (na podstawie książki Andre Acimana) , a także wybitny reżyser James Ivory. W wywiadach zaznacza, że zależało mu na tym, by stworzyć opowieść o miłości, nie o gejach. Historię o testowaniu siebie, szukaniu swojej tożsamości - czy to seksualnej, czy też religijnej (rodzina Perlmanów ukrywa, że są Żydami). O próbie odnalezienia swojego miejsca, o odpowiedzi na pytanie: kim jest Elio. I w momencie gdy główni bohaterowie zaczynają rozumieć, co ich łączy, jak silną więź nawiązali, okazuje się, że brakuje im czasu. Trudno uciec przed skojarzeniami z “Przed wschodem słońca”, w którym Jessiego i Celine zmusza do rozstania poranek, a tu parę rozdziela koniec wakacji.

     „Tamte dni, tamte noce” to także genialne aktorstwo. Filmowy Elio, czyli Timothee Chalamet, z miejsca staje się jednym z największych aktorów swojego pokolenia, o czym świadczy nominacja do Oscara dla najlepszego aktora pierwszoplanowego. Stało przed nim trudne zadanie, żeby stworzyć postać błyskotliwą, zagubioną, ale nie przehisteryzowaną i mimo że niektórzy mogą się zastanawiać, czy nie jest to nazbyt subtelna kreacja, wątpliwości rozwiewa epilog, w którym ciężar dramaturgiczny spada tylko na jego barki, a on nie dość, że sobie z nim radzi, to czyni to w stylu godnym Daniela Day-Lewisa. Przeciwieństwem Elio jest Oliver, którego gra Armie Hammer. Ma większą charyzmę, jest lepiej zbudowany i bardziej energiczny. Ale w najważniejszym momencie tej relacji - równie zagubiony. Moim ulubionym bohaterem drugiego planu jest Pan Perlman, grany przez Marca Suthelberga. To rola bardzo życiowa, w oczach bohatera widzimy prawdziwą ojcowską miłość i zrozumienie dla decyzji swojego syna. Monolog, który wygłasza pod koniec, jest prawdopodobnie najlepiej napisaną sceną ostatnich lat, zarówno pod względem literackim, jak i emocjonalnym.  

      Film urzeka także warstwą wizualną. Oprócz naturalnego uroku Toskanii, będącego idealnym miejscem na opowiedzenie historii o wakacyjnej miłości, wielkie wrażenie robi także kompozycja i wystrój kadrów. Wszystko jest jakby namalowane pastelami i płynnie sfilmowane, dzięki czemu widz ma wrażenie, że ogląda sceny, które są jak pocztówki z podróży. 

       W ostatnich latach coraz częściej i coraz głośniej w mainstreamie mówi się o kinie niezależnym i artystycznym. Takim, które rezygnuje z akcji i efektów specjalnych na rzecz dialogów i emocji. I tak jak jedynym powszechnie znanym reprezentantem tego typu kina był przez wiele lat Richard Linklater (“Boyhood”, trylogia “Before…”), tak teraz pojawiają się nazwiska takie jak Mills (“Debiutanci”, “Kobiety XX wieku”), Gerwig (“Lady Bird”) czy właśnie Guadagnino. Trzymam bardzo mocno kciuki, żeby powstawało więcej takich produkcji. Przemyślanych na każdym etapie - od genialnego scenariusza Ivory’ego, przez zdjęcia aż do kreacji aktorskich. Trzymam kciuki za to, żeby pojawiało się więcej filmów, które nie boją się opowiadać o zagubieniu. I bardzo cieszy mnie to, że wzorem dla takich produkcji będą “Tamte dni, tamte noce”. Bo jeśli jakaś produkcja miałaby otworzyć osobom nietolerancyjnym oczy na to, że homoseksualizm jest normalną rzeczą, to właśnie jest to ten film. Bo tu nie seksualność jest na pierwszym planie, a miłość. A na nią zasługują wszyscy.

skopiuj url:

Partnerzy