Recenzje

Whisplash: czyli masa zmarnowanego potencjału

Film: "Whisplash"

Autor: Szymon zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Oglądaliście „Whiplash”, muzyczny dramat z 2014 roku? Jeśli nie, to się wstydźcie i nie wiem czemu w ogóle jeszcze pokazujecie się ludziom na oczy, tak nie można... Dobra, ja tego filmu nigdy wcześniej nie widziałem, a powiem więcej, nigdy też o nim nie słyszałem. Więc mogłem obejrzeć ten film bez żadnej wiedzy, tak całkowicie na „czysto”. A postanowiłem zrobić recenzję tego filmu, bo jest o czym mówić, jaka szkoda, że nie są to dobre rzeczy. Więc postaram się odpowiedzieć na pytanie: „Czy warto wrócić do Whiplash?”Andrew jest młodym perkusistą z szczególnym zamiłowaniem do Jazzu. Żeby spełniać swoje marzenia, by stać się „wielkim muzykiem” zapisuje się do najlepszej szkoły muzycznej w kraju. Fletcher najprawdopodobniej jeden z nauczycieli zauważa, że chłopak ma potencjał, dlatego przyjmuje go do swojego zespołu Jazzowego. Szybko jednak okazuje się, że nowy „mentor” naszego pratoganisty ma dość specyficzne sposoby nauczania i motywowania swoich uczniów. Wszędobylskie wyzwiska i niekiedy rzucanie przedmiotami. Nauczyciel chce, by ich zespół wygrał w konkursie muzycznym.Fabuła brzmi prosto? I tak właśnie jest, bo prawie skróciłem wam dwie trzecie filmu. Wszystko skupia się na pseudo relacji Andrewa i nauczyciela, bo tak naprawdę to jedyne postacie jakie się w ów filmie pojawiają. Na drugim planie nie ma praktycznie nikogo, kto byłby postacią z krwi i kości, reszta to tło. To jest jedyny wątek w całym filmie. Zaraz pewnie znajdzie się ktoś kto powie: „Ale dzięki temu nasi bohaterowie mają więcej czasu ekranowego dla siebie, by się rozwijać”. Powiem tak, to byłoby naprawdę świetne i wtedy dostalibyśmy coś podobnego do „Szukając siebie”, które osobiście uwielbiam. Tam również skupiamy się tylko na dwóch bohaterach i ich relacjach. Ale nie. O bohaterach tego filmu nie można praktycznie nic powiedzieć. Nic oprócz jednej cechy charakteru i tego, że lubią muzykę. Tak się nie pisze postaci, dostajemy po prostu za mało informacji. Ale do nich przejdziemy za chwilę. Mówiąc o fabule tego filmu trzeba powiedzieć jedną kluczową rzecz. Ciągle stoimy w miejscu. Oczywiście niedosłownie, film wydłuża się niemiłosiernie, bo w ogóle nie czuć, żeby akcja posuwała się w jakikolwiek sposób do przodu. Ani bohaterowie się nie zmieniają, ani nie czuć zbliżającego się finału. No nic, nawet napięcia ten film dobrze nie buduje. I mówiąc już o finale... tak to nie pasuje do całej reszty... praktycznie nie ma z nim żadnego związku oprócz głównych bohaterów. Ale wiecie, trzeba to jakoś posklejać, żeby zrobić „wielki finał, który zapadnie widzom w pamięć”. W taki sposób wszystkie wydarzenia, które działy się dotychczas idą tak naprawdę do kosza.Wróćmy do naszych bohaterów. I ujmę to tak, dawno nie męczyłem się podczas oglądania jakiegoś filmu jak podczas Whiplash. Wcale nie jest to spowodowane kiepską fabułą, to można jeszcze przełknąć kiedy mamy dobrze napisane postacie, które da się polubić. Wielokrotnie udowadniał nam to Marvel. Ich filmy nawet te gorsze (Avengers: Czas Ultrona) zarabiają krocie. Dlaczego? Bo pokochaliśmy postacie. A w tym filmie? Nie dość, że są źle napisane to nawet nie można się z nimi zaprzyjaźnić, bo są tacy „zepsuci” w środku. Może dla Andrewa, jest to zbyt mocne określenie, ale nie dla Flethera. Jest on wnerwiającym starym „dziadem”, który krzyczy na wszystko co się rusza, i każda scena w której się pojawia sprawia, ze nastaje grobowa atmosfera. Nawet mówiono nam, że jeden jego były uczeń, który stał się sławnym muzykiem popełnił samobójstwo przez tego faceta. I nie wiem czemu go nie zamknęli za znęcanie się psychiczne. Później jest wytłumaczone, że jest to taki sposób nauczania i jest to nawet sensowne i mądre. Poklepywanie po plecach nie stworzy wielkiego muzyka, ale krzyczenie i zmuszanie do przekraczania własnych granic już tak. Zgadzam się z tym, ale co z tego wynika?! Powiem wam, nic! Nic kompletnie. Fletcher nawet nie chciał później przeprosić naszego protagonisty za swoje zachowanie, więc w ogóle jak go poznaliśmy tak go pożegnaliśmy. A można było by zrobić mu nawet sensowną przemianę. Ale nie, po co to komu? Też za dużo o nim się nie da powiedzieć, o jego charakterze. Już pal to licho nauczyciela, nasz główny bohater nie uczy się przez cały film praktycznie nic nowego. Tak samo, nie zmienia się w ogóle. Dobra przepraszam, w końcu udało mu się nauczyć grać z rytmem nauczyciela. To tyle... Nie da się go też lubić. Podam przykład. W filmie mamy romans, naszego protagonisty i Nicole, takiej dziewczyny w jego wieku, która pracuje w kinie na kasie. Zapomniałem dodać, że pada tam zdanie, że Andrew jest nieśmiały, czy coś takiego, po prostu nie patrzy ludziom w oczy. Nic później z tego nie wynika. Praktycznie wszystko co dowiadujemy się o bohaterach to z dialogów. A to jest chyba największy grzech jaki można popełnić w filmie. Wracając do tematu, spotykają się chyba tylko trzy razy w całym filmie? Już są parą po jednej randce, a na drugiej Andrew mówi dziewczynie, że będzie mu przeszkadzać w karierze, dlatego z nią zrywa, łamiąc jej uczucia. Później do końca filmu nic się o tym nie mówi, nie wpływa to w żaden sposób na bohatera i to jak się zachowuje. Więc po co to było? Czyli jest takim samym „potworem” jak Flether. Ogółem wszyscy bohaterowie to nie są prawdziwe postacie, tylko jakieś manekiny. Mówiąc w dużym skrócie mamy bohaterów gdzieś i nie obchodzi nas ich los.Co mi przeszkadzało momentami, (ale nie tak bardzo, jak to o czym powiedziałem przed chwilą) to, to, że w pierwszych scenach mamy budynek z zdartymi tapetami, bohatera, który wygląda jak zombie (nie żartuje) po prostu uczucie jakby stała się wielka tragedia, a przez resztę filmu mamy coś całkowicie odwrotnego. Można oczywiście powiedzieć, że ma to pokazać jak bohater się zmienia, ale jest to tak naciągane. Bo jak już mówiłem bohater w ogóle się nie zmienia, a poza tym to staje się tak nagle i bez żadnego powodu, że... Nie wiem czy był to celowy zabieg, taki nagła zmiana całego tonu, ale rzuca się to w oczy i wprowadza niemałe zamieszanie...Za to naprawdę podobała mi się gra aktorska J .K Simonsa (Spider – Man, Sam Raimi) który wyciska z swojego bohatera (Flethera) praktycznie wszystko. Jest nieco przerysowany, ale to wychodzi zdecydowanie na plus. A poza tym ten facet ma sporo charyzmy i talentu.Muzyka to chyba najlepszy element całego filmu. Utwory Jazzowe wpadają w ucho i wpisują się bardzo dobrze w całą historię. Szczególnie tytułowy Whiplash i tu nie mam się do czego przyczepić.Podsumowując, nie warto oglądać „Whiplash”. Prócz muzyki nie ma tu nic co mogło by się zapisać na plus. Jest męczący i nieprzyjemny. Mamy gdzieś bohaterów. Jeśli taki był cel twórców to gratuluje... Naprawdę mógłby być z tego dobry film, tak się zresztą zapowiadał, szczególnie patrząc na nagrody które dostał. To jedna z tych produkcji które boli widza najbardziej: rozczarowująca. Miałem całkiem duże oczekiwania wobec tego filmu, bo miał potencjał, być czymś podobnym do „Szukając siebie”, o którym już wspomniałem. Czyli mądrym i ambitnym filmem, a okazał się półtorej godzinnym pokazem krzyczenia sobie w twarz, Szkoda... Może, jak drugi raz obejrzę ten film wiedząc, jaki był... Wtedy wyda mi się lepszy, jak było w przypadku najnowszego „Obcego”? Mam radę dla osób które Wisplash nie oglądały, nie nastawiajcie się pozytywnie, a może film się wam bardziej spodoba...A osoby które już oglądały „Whisplash” i im się podobał to naprawdę dobrze. Jest to całkowicie subiektywne i cieszę się, że ten film sprawił wam przyjemność...

skopiuj url:

Partnerzy