Recenzje

Świat według Ӧstlunda

Film: ""The Square""

Autor: Jan zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

 Cały pomysł na „The Square” narodził się, kiedy na ulicy mężczyzna złapał mnie za ramię i powiedział: „Zobacz, tam facet bije kobietę, musimy coś zrobić” – tak o zalążkach projektu, który zapewnił mu prestiżową Złotą Palmę oraz uznanie krytyków na całym świecie opowiadał Ruben Ӧstlund. Szwed całą wyżej opisaną sytuację przeniósł, w odrobinę zmodyfikowanej formie, na duży ekran. Co więcej, uczynił z niej kluczową dla rozwoju fabuły scenę w „The Square”. To właśnie wówczas główny bohater – kustosz ekskluzywnego muzeum sztuki nowoczesnej - Christian zostaje pozbawiony telefonu, portfela oraz spinek do mankietów. Ostatecznie poszukiwania skradzionych przedmiotów doprowadzą całe jego zawodowe życie do ruiny.  

 Jesteśmy skrajnie indywidualistycznym społeczeństwem. Nie szukamy rozwiązań wspólnie, lecz czekamy na bohatera. Oglądając „The Square” trudno nie zgodzić się ze słowami jego twórcy na temat rodzimego społeczeństwa. Doskonałym przykładem omawianego zjawiska jest chociażby opisana we wstępie scena kradzieży. Gdy przez plac pełen ludzi z przeraźliwym krzykiem przebiega kobieta, na zdecydowaną reakcję decyduje się zaledwie jeden mężczyzna. Cała reszta znajdujących się w okolicy osób wybiera komfortową rolę biernych obserwatorów zajścia. Nie inaczej zachowałby się przechodzący nieopodal Christian, gdyby nie wspomniany przez Ӧstlunda bohater. Ten albowiem w kryzysowym momencie prosi kustosza o pomoc w odpędzeniu biegnącego za kobietą agresywnego mężczyzny. Sytuacja kończy się pozornym happy endem – dwójce nieznajomych udaje się obronić kobietę przed niebezpiecznym natrętem. Niestety wraz z głównymi aktorami wydarzeń znikają iPhone, portfel oraz spinki do mankietów Christiana. Całość okazuje się być z góry ukartowanym przedstawieniem, którego jedynym celem było ograbienie pierwszej z brzegu osoby. Wymowne jest też zdarzenie, które ma miejsce chwilę później. Obrabowany i skompromitowany Christian zwraca się do kolejnych przechodniów z prośbą o możliwość skorzystania z telefonu. Żaden z nich nie odpowiada na jego apel. Aby pogłębić portret rozkładu szwedzkiego społeczeństwa Ӧstlund wkomponowuje do filmu, powracający co jakiś czas, motyw żebraków. Na ogół najubożsi przedstawiciele społeczeństwa są przez bohaterów, w tym także przez Christiana, ignorowani. Kustosz w dwóch z trzech przypadków, kiedy nawiązuje z potrzebującymi kontakt, robi to wbrew własnej woli, jest do tego zmuszony przez niesprzyjające okoliczności. I chociaż kupuje natarczywej żebraczce upragnioną bułkę, a bezdomnego pod sklepem hojnie obdarowuje pieniędzmi po odzyskaniu portfela, to ciężko uznać te czyny za coś więcej niż puste, symboliczne gesty. Mikroskopijną kroplę dobrej woli w oceanie ludzkiej bezczynności. Trudno o bardziej ironiczne, a jednocześnie niezwykle trafne sformułowanie spostrzeżeń na temat obecnej kondycji narodu szwedzkiego, a być może stanu człowieczeństwa w dzisiejszych czasach w ogóle.  

 Zbierając materiały do scenariusza „The Square”, jeździłem po muzeach. Nowy Jork, Madryt, Paryż... Żeby pan wiedział, ile razy widziałem białe sześciany z neonowymi napisami albo rozsypane po galeriach kupki kamieni i kawałki żelaza. Współczesna sztuka za często zmienia się w pusty rytuał. Przyznać trzeba, że neonowe napisy oraz rozsypane kupki kamieni szwedzki reżyser wziął sobie głęboko do serca. Oba te flagowe przykłady absurdu sztuki nowoczesnej Ӧstlund umiejscawia w wykreowanym na potrzeby filmu prestiżowym muzeum. Efektem tej operacji jest wyszukana kompozycja starannie ułożonych kopczyków. Nad nią znajduję się znaczący (neonowy!) napis: „We have nothing”. Tuż obok na krzesełku siedzi znudzona pani strażnik. Zupełnie nieruchoma sprawia wrażenie jakby sama była częścią przedziwnej ekspozycji. Ta, o dziwo, nie cieszy się zbyt dużą popularnością. Na dobrą sprawę, oprócz zagubionych zwiedzających, nikt nie przychodzi podziwiać wystawy. Karykatura klęski wszechobecnego, współczesnego pseudoartyzmu, a zarazem dowód talentu Ӧstlunda do kondensacji treści na jednym ujęciu. Nadzwyczajne umiejętności reżyserskie Szweda przejawiają się również w, zasługującej na osobny artykuł, fantastycznie zrealizowanej sekwencji z człowiekiem-małpą w roli głównej. Brawurowo sportretowany przez Terry’ego Notary’ego performer Oleg zamienia wystawny bankiet w brutalny pokaz zwierzęcej dominacji. Wściekły, brudny, z protezami przymocowanymi do rąk sieje zamęt wśród uczestników uroczystej kolacji. Narusza strefę komfortu, tłucze naczynia oraz głośnymi rykami manifestuje swoją hegemonię. Nikt nie potrafi przerwać pełnego przemocy spektaklu, chociaż każdy na sali odnosi wrażenie, że sytuacja już dawno wymknęła się spod kontroli. Ze świecą szukać tutaj bohatera, o którym w wywiadzie wspomina Ӧstlund. Dopiero błaganie o pomoc kobiety, którą Oleg sadystycznie ciągnie za włosy, zmusza gości do podjęcia stanowczych działań. Czy narracja występu pt. „witajcie w dżungli” usprawiedliwia bestialskie zachowanie artysty? Czy to jeszcze szeroko pojęta sztuka, czy już terroryzowanie uczestników bankietu i nadużycie władzy ze strony performera? Gdzie kończy się tolerancja, a zaczyna przyzwolenie na przemoc? Te pytania zwycięzca tegorocznej Złotej Palmy pozostawia bez odpowiedzi. 

 Nie ukrywam, że Christian to moje alter ego. (…) Pewnie kiedyś popełnił podobne błędy jak ja, a dziś staje przed zbliżonymi dylematami. Żyje wśród sztuki, trochę w bańce. Wykreowanego na własne podobieństwo bohatera reżyser nie potępia. Unika również nadmiernego krystalizowania: Christian zawsze chce dobrze, ale efekty podjętych działań nigdy w stu procentach nie odpowiadają jego intencjom. Na przykład rozkolportowanie zbiorowych pogróżek wobec lokatorów bloku skutkuje odzyskaniem skradzionych przedmiotów, ale wywołuje też niespodziewaną reakcję rodziców jednego z mieszkających w nim chłopców, który niesłusznie podejrzany o kradzież otrzymuje dotkliwą karę. W ten sposób Ӧstlund uzyskuje swój najprawdopodobniej ulubiony efekt: sprawia, że widz czuje się niekomfortowo. Wrażenie nie byłoby tak piorunujące, gdyby Szwed nie zdecydował się po raz kolejny skorzystać z charakterystycznej dla jego twórczości strategii narracyjnej. Tak samo jak w fenomenalnym „Turyście”, tak i w najnowszym dziele skandynawskiego reżysera z pozoru błahe wydarzenie powoduje lawinę niespodziewanych, destrukcyjnych dla protagonisty konsekwencji. Gdzieś pośród tego całego chaosu szamoczą się główni bohaterowie obrazów Ӧstlunda. W filmie z 2014 roku jest to Thomas – przechodząca głęboki kryzys męskości głowa rodziny, natomiast w tegorocznym „The Square” kustosz Christian. Obie postaci rzeczywistość wykreowana przez twórcę przytłacza, nie potrafią sobie z nią poradzić. Obydwaj, gdy zostają przyparci do muru, silą się na obezwładniająca szczerość. Thomas przy akompaniamencie rzęsistych łez zarzuca sobie małżeńskie zaniedbania, natomiast Christian poszukuje odkupienia w porażająco autentycznej przemowie, skierowanej do chłopca, którego w afekcie skrzywdził. Mężczyźni próbują zachowywać się przyzwoicie, jednak pomimo szczerych chęci czynienia dobra wciąż zawodzą siebie i swoich bliskich. Koniec końców to właśnie w ramionach krewnych odnajdują kruchy, upragniony wewnętrzny spokój. Thomas w objęciach ukochanych dzieci, a Christian w kontakcie z dwiema córeczkami, które jako jedyne nie potępiają jego upadku. Zawsze trudnym momentem dzieciństwa staje się odkrycie, że rodzice też są ludźmi, popełniają błędy. – mówi Ӧstlund. W jego obrazach najmłodsi idą o krok dalej. Nie tylko są świadkami złych decyzji rodziców, ale potrafią im te niefortunne wybory wybaczyć oraz być oparciem w chwilach najgłębszego zwątpienia.

 Zadaniem wprost niewykonalnym wydaje się być zamknięcie w ośmiu tysiącach znaków tak wielowątkowego oraz rozbudowanego dzieła jak „The Square”. Głęboko wierzę w to, że Rubenowi Ӧstlundowi udało się stworzyć arcydzieło. Owo stwierdzenie zweryfikują jednak dopiero przyszłe pokolenia, które, mam nadzieję, będą się zachwycać obrazem Skandynawa nie mniej niż ja w tej recenzji.

skopiuj url:

Partnerzy