Recenzje

A jeśli nie On, to kto?

Film: "Lourdes"

Autor: Maria zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Statyczne ujęcie. Słoneczny dzień. Kawiarnia pod Pirenejami. Kobieta z uśmiechem rozkoszuje się deserem. Nagle pojawiają się pracownicy lokalu i oklaskują ją. Kobieta jest chora na stwardnienie rozsiane; w opisanej chwili cieszy się odzyskaną sprawnością po okresie niemal całkowitego paraliżu, który skutkował poruszaniem się na wózku i zależnością od pomocy innych. Według lekarzy to okres chwilowej poprawy, rzadko spotykany, ale wyjaśniany przez medycynę przypadek. Dla reszty otoczenia to cud. Akcja filmu toczy się w Lourdes.

Tak też zatytułowany jest film Jessiki Hausner. Co ciekawe, obraz otrzymał na festiwalu w Wenecji nie tylko nagrodę Katolickiej Organizacji Kinematografii i Sztuki Audiowizualnej, ale także Nagrodę Briana, przyznawaną przez kręgi ateistyczne i agnostyczne. Docenienie ze strony dwóch różnych środowisk świadczy o zachowaniu pożądanego przez reżyserkę obiektywizmu. Jej starania widać w języku, jakim operuje. Wiele scen opiera się na jednym, statycznym ujęciu. Ruch kamery jest powolny i przemyślany, montaż oszczędny i nieoceniający, cięcia występują rzadko . Gdyby Hausner chciała potraktować historię szyderczo, mogłaby zastosować środki akcentujące pewne elementy w sposób humorystyczny; pozostawia jednak ocenę widzom. Jako uważna obserwatorka dba o wszelkie detale (gesty, spojrzenia, zachowania na drugim planie), co pozwala przyjrzeć się przynajmniej dwóm interesującym zjawiskom.

Pierwsze to fenomen Lourdes jako miejsca kultu i prężnie działającego ośrodka przemysłu pielgrzymkowego. Film kręcono w autentycznej tytułowej miejscowości, wśród prawdziwych pielgrzymów. W tej dokumentalnej prostocie kryje się absurdalny potencjał. Absurdalny, zatem nierzadko humorystyczny. Bawić może więc fakt, że ksiądz odprawiający kulminacyjną dla pielgrzymki mszę odziany jest w ornat tak obszerny, że dwóch księży koncelebrujących liturgię asystuje, podtrzymując poły szat duchownego. Takich detali jest wiele. W nich kryje się cień sceptycyzmu Hausner, który u krytycznych widzów może wywoływać uśmiech. Są jednak i takie obserwacje, które zastanawiają bez uśmiechu. Lourdes przypomina Disneyland lat 50. i 60. Strona wizualna filmu – światło, kolory – przywołuje na myśl zdjęcia z tych właśnie dekad. Dominują czerwień i maryjny błękit. W planach ogólnych widać kolorowe tłumy pielgrzymów przemieszczających się od atrakcji do atrakcji. Po kolei zaliczają kolejne punkty niezbędne do udanej, spełnionej pielgrzymki: od groty, przez kościoły i kąpiele w wodzie z Lourdes, po drogę krzyżową. Wspólnie z opiekunami pozują do grupowego zdjęcia, na prośbę fotografa, wykonując infantylne cheese. Z filmu wyłania się obraz Lourdes jako ośrodka masowej peregrynacji, gdzie w gigantycznym, betonowym, zbudowanym właśnie na masowe msze kościele, tłum jak na koncercie uczestniczy w liturgii odprawianej po angielsku, oczekując na księdza, który idąc przez świątynię z hostią zatrzyma się przy jednym z wybranych, dając mu zielone światło dla cudu. Cud.

Właśnie cuda i stosunek do nich są przedmiotem drugiej istotnej analizy poczynionej przez Hausner, jeszcze ważniejszej i ciekawszej. Presja związana z cudownymi uzdrowieniami towarzyszy bohaterom i widzom już od pierwszych scen. Niemal przy każdej okazji wspominana jest możliwość doświadczenia cudu. Pielgrzymom pokazywane jest świadectwo uzdrowionego w Lourdes (będące skądinąd autentycznym nagraniem). Oczekiwanie na cud wisi w powietrzu. Niemal wszyscy pielgrzymi marzą o nim, mniej lub bardziej skrycie. Tylko jedna osoba zdaje się mieć inne cele: Christine, kobieta chora na stwardnienie rozsiane. Jak sama przyznaje, pielgrzymki to dla niej przede wszystkim możliwość podróżowania i wyjścia z domu. Kobieta nie jest zbyt religijna. Uczestniczy we wszystkich wydarzeniach, ale nie tak aktywnie jak inni członkowie grupy. Przede wszystkim obserwuje wszystko i wszystkich dookoła (alter ego reżyserki?). Wydaje się, że dopiero pod wpływem otoczenia zaczyna myśleć o możliwości uzdrowienia w swoim kontekście, pozostaje jednak najmniej zdeterminowaną w dążeniu do cudu. A jednak to ona go doświadcza. Pewnej nocy budzi się i odkrywa, że nie jest już sparaliżowana. To zdarzenie staje się punktem kulminacyjnym i narzędziem, z którego pomocą Hausner przyjrzy się reakcjom pozostałych. Nie zastanawia się czy uzdrowienie to cud, nie podejmuje rozważań teologicznych. Z jej narracji wynika, że cud to przypadek. A to, co ważne, to reakcje na niego.

Pozornie są to różne zachowania i emocje, wszystkie zdaje się jednak łączyć jedno – bezsilność. Mierzą się z nią zarówno pielgrzymi, jak i ich autorytety – opiekujący się nimi wolontariusze i ksiądz, który wydaje się zagubiony w niemożności ustalenia, jaka zasada kieruje uzdrowieniami, co można zrobić by je osiągnąć. Odpowiadając wiernym na pytania, powtarza wyświechtane frazesy, w które sam zdaje się nie wierzyć. Ksiądz jest także częścią swoistej trójcy świętej, którą tworzy z dwojgiem starszych wolontariuszy. Trójca oddaje się swobodnym rozmowom nierzadko odnoszącym się w sposób prześmiewczy do fenomenu Lourdes, co najlepiej oddaje opowiedziany przez wolontariusza dowcip: „Duch Święty, Jezus i Maryja siedzą na chmurze, planując wakacje. Duch Święty proponuje Betlejem. - Nie, byliśmy już tam tyle razy – mówi Jezus. - No to może Lourdes? – rzuca Duch Święty. Maryja odpowiada: Świetnie, nigdy tam nie byłam!”. Widać więc sceptycyzm autorytetów, które mają astystować w drodze do cudu.

Wśród pielgrzymów wyróżnić można dwarodzaje reakcji. Pierwszy typ to gorycz i zwątpienie w sprawiedliwość boskich wyroków. Drugi rodzaj to zainteresowanie – część grupy z ożywieniem obserwuje uzdrowienie głównej bohaterki i wchodzi z nią w interakcje. Jest jeszcze pani Hartl, tajemnicza, starsza kobieta, niezwykle pobożna. W pewnym momencie chętnie przejmuje opiekę nad Christine. Pani Hartl, podobnie jak inni zaciekawieni, cieszy się z cudu.

W finałowej scenie odbywa się przyjęcie wieńczące wyjazd. Christine zostaje nagrodzona absurdalnym trofeum dla najlepszego pielgrzyma, jak gdyby miała jakiś wpływ na uzdrowienie. Nagroda, zaciekawienie, radość, wynikają z tego, że oczekiwanie grupy na cud wiąże się z poszukiwaniem sensu. Jeżeli do cudu doszło, pojawiła się też nadzieja, że jest coś, a raczej ktoś, kto nada ich życiu znaczenie, kto pozwoli na znalezienie jakiegoś oparcia, stałości. Za chwilę jednak i oni zmierzą się z bezsilnością. Poprawa stanu zdrowia Christine okaże się nietrwała. W czasie tańca z wolontariuszem bohaterka nagle upada. Mężczyzna od razu traci zainteresowanie nią, oddala się. Dwie kobiety zastanawiają się, czy cud okaże się nietrwały. Bo jeśli tak będzie, to znikną dowody na bożą władzę nad ludzkim życiem. A jeśli nie On nim kieruje, to kto? Sama Christine pozostaje zamyślona, długie ujęcie eksponuje jej zadumę. Jako jedyna nie szukała chyba w cudzie odpowiedzi metafizycznych. Najważniejszą rzeczą pozostawało jej zdrowie i ona sama. Zdarzenia na pielgrzymce były wynikiem czynników zewnętrznych - od otoczenia dowiedziała się o cudach, poprzez znajomość z wolontariuszem nabrała pewności siebie.

Bohaterka nie jest jednak jedyną postacią w kadrze. Tuż obok niej pojawia się pani Hartl z wózkiem. Staruszka tak długo i wytrwale stoi obok, że chora po raz kolejny poddaje się wpływowi otoczenia i siada z powrotem na wózku. Hartl drży kącik ust; jest to jakby uśmiech satysfakcji. Cieszyła się z cudu, kiedy dawał jej nadzieję na istnienie odpowiedzi, jednak jednocześnie usamodzielniająca się Christine z czasem najpewniej zupełnie przestałaby jej potrzebować. Hartl woli więc powrócić do wątpliwości, w której wszyscy będą tak samo niesprawiedliwie pominięci, tak samo osamotnieni i pozostawieni bez odpowiedzi.

Hausner buduje ze swych uważnych obserwacji uniwersalny obraz ludzi, którzy konfrontują się z samotnością wobec poszukiwania sensu. Bezradnych i bezsilnych w zderzeniu z niemożnością ustalenia punktu oparcia, który choć częściowo czyniłby życie sensownym, a przez to bardziej znośnym.

 

skopiuj url:

Partnerzy