Recenzje

Ile cukru w cukrze? czyli ze słodkim przemysłem jego własną bronią

Film: ""Cały ten cukier" / "That Sugar Film""

Autor: Agata zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

"Cały ten cukier" pomysłu i pióra Damona Gameau - australijskiego aktora znanego dotychczas jedynie z rodzimych produkcji, w których rzadko jednak wybijał się na pierwszy plan - nie może istnieć w kanonie, a tym bardziej zostać poddany ocenie bez znajomości kontekstu swojego mikrogatunku eksperymentów żywieniowych, który stanowi wspólnie ze starszym o kilka lat, oscarowym "Super Size Me" - bliźniaczym pod względem tematyki i formy, choć zamiast cukru – uderza w tłuszcz (w filmie zaklęty pod postacią McDonalds). Licytacja o to, który z nich gorzej wpływa na ludzki organizm nadal trwa, a cukrowy film dostarcza jedynie wielu, choć często wątpliwie odkrywczych argumentów i wątków. W przeciwieństwie do swojego poprzednika, Gameau nie rezygnuje z aktywności fizycznej, a jego film, wraz z nim, opuszcza granice ojczyzny, podkreślając tym samym, że tytułowy problem jest globalnym (podczas gdy dla amerykanina świat kończy się na Stanach Zjednoczonych). Ma więc być więcej, bardziej i lepiej.

Pomimo tych drobnych różnic koncepcja obu filmów jest prosta i w zasadzie identyczna; protagonista prowadzący dotychczas tryb życia godny pochwały, zaintrygowany wpływem diety na pozostałe aspekty życia postanawia, na czas określony i pozostając pod ścisłą opieką medyczną, upodlić się, schodząc do poziomu średniej (w tym przypadku ilości spożycia cukru w Australii) i krótko mówiąc zobaczyć co się stanie. A to, co dzieje się po dwumiesięcznej diecie Gameau opartej o, co ciekawe, produkty powszechnie uznawane za zdrowe (o ograniczonej zawartości tłuszczów i kalorii, za to obfitujących w cukier), szokuje i pozostaje w pamięci, co stanowi chyba największą wartość kina tego typu. Film australijczyka posiada dzięki temu istotne znaczenie dydaktyczne i wyraźnie chce, aby zostało to zauważone, w wielu miejscach umyślnie przypominając edukacyjny film szkolny. Momentami posiada także cechy bajki dla dzieci. Sceny, w których aktor zostaje połknięty przez innego aktora - Brentona Twaitesa lub nawet przez samego siebie, po to by dosłownie od środka tłumaczyć procesy chemiczne zachodzące w organizmie, przynajmniej europejskiemu widzowi, przywodzi na myśl francuską serię „Było sobie życie” z lat dziewięćdziesiątych. Z kolei komiksowy motyw do filmu wprowadza heroizacja lekarzy nadzorujących eksperyment, którzy otrzymują od reżysera superbohaterskie przydomki i wizerunki.

„Cały ten cukier” w założeniu ma być przyjemnym w odbiorze ostrzeżeniem i generalnie rzeczywiście nim jest - atrakcyjny, bardzo teledyskowy, czerpie garściami z popkultury. Korzysta także z dobrodziejstw technologii; Gameau jako belfer przez półtorej godziny trwania filmu dwoi się i troi, aby wykład przez cały czas był zajmujący, a metody jakimi stara się to osiągnąć w większości przypadków działają. Skutkuje na przykład zabieg umieszczenia wypowiadających się specjalistów na opakowaniach z żywnością, co dystansuje obraz od nudnych gadających głów, a współczesnemu widzowi oszczędza cenne minuty, podczas których mógłby się znudzić - maksymalnie uproszczonym, ale jednak - naukowym wywodem. Dostajemy dwa w jednym - merytoryczną wypowiedź i wizualizację jednocześnie. Inna kwestia, że za sprawą tego manewru wiele hipotez w filmie niepotrzebnie wybrzmiewa wielokrotnie, co sprawia, że jest on do przesady nieskomplikowany, a chwilami łopatologiczny i infantylny. Widz otrzymuje gotową tezę oraz pakiet faktów udowadniających jej słuszność, na podstawie czego formułuje wniosek po to, by za moment powtórnie usłyszeć go w filmie, najlepiej z ust znanej i zgrabnej aktorki.

Wizualnie „Cały ten cukier” nieustannie balansuje na granicy pomiędzy przepychem usprawiedliwionym nadrzędnym celem przyswajalności przekazu, a przesadą i tandetą. I jakkolwiek w kilku miejscach granica ta zostaje dość dosadnie przekroczona (na przykład kiedy Gameau w bieliźnie tapla się w dżemie na toście lub podczas końcowej, koszmarnej piosenki) to w pewien sposób nawet ten kicz w filmie ma swój metaforyczny sens. Sens walki reżysera ze skomercjalizowanym przemysłem żywieniowym za pomocą jego własnej broni.

Chociaż na początku obiecywał nie poruszać tematu śmieciowego żarcia i picia, Gameau w drugiej części filmu wypowiada wojnę także koncernom produkującym napoje słodzone. Dość szybko tworzą się dwa wyraźne fronty, na czym film traci. Brakuje w nim dyskusji, co niebezpiecznie popycha go w kierunku docu-gandy. Naukowcy-łgarze opłacani przez wyżej wymienione korporacje utrzymują, że wpływ ich produktów, a tym samym cukru, na organizm i jego rozwój nie jest jednoznacznie zły, ponieważ jest zależny od predyspozycji jednostki. Australijczyk z kolei dokłada starań, aby te herezje obalić za pomocą (może nawet zbyt obrazowej) wizji piętnastolatka o uzębieniu siedemdziesięciolatka, wyjącego z bólu na fotelu dentystycznym - wszystko za sprawą Mountain Dew. A takich dzieci jest więcej. I chociaż nie chce się wierzyć w liczby, które padają na ekranie, zarówno dotyczące gigantycznych ilości pochłanianych napojów słodzonych (jak twierdzi wspomniany nastolatek – niekiedy z dziecięcej butelki na mleko, podawanej przez matki), jak i niemowlęcego niemal wieku konsumentów, to film dzięki tej przesadzie zyskuje jedynie na sile przekazu, jak już zostało powiedziane – bazującego na szoku.

Dodatkowo mesjanistycznego wyrazu obrazowi dodaje ciąża żony reżysera, której widz od początku jest świadom. Oczekiwanie na córeczkę razem z opychającym się cukrem Damonem sprawia, że w głowie widza rodzą się pytania o dietę przyszłych pokoleń. Pytania, które zresztą po chwili otrzymują odpowiedź w postaci wizyty protagonisty w szkole skutkującej zajadaniem się przez dzieci sałatą. Równie symbolicznie wybrzmiewa finałowa scena, kiedy muzyka cichnie, a kolory bledną; powracamy do rzeczywistości przeciętnego centrum handlowego – uosobienia konsumpcjonizmu, po którym Damona w przebraniu boga cukru (sic!) lunatycznie goni dziecko w pielusze i wieku, w którym umiejętność chodzenia nie jest oczywistością.

Ogromną zaletą obrazu jest również niepoprzestanie na fizycznych skutkach diety cukrowej, które, jak można było się domyślić, są zastraszające. Psychologia cukru to nowy i intrygujący wątek, kto wie czy nie kluczowy w kontekście manipulacji słodkiego przemysłu, które dziesiątkami wyliczają bohaterowie filmu. Inną świeżą myślą jest teoria utrzymująca, że kaloria kalorii nie równa, która (na co wskazują efekty eksperymentu oraz jego formuła), prawdopodobnie nie jest jedynie teorią.

Zabrakło natomiast zastępstwa dla całego tego cukru. Narzędzi w rękach widza, które zyskuje po obejrzeniu filmu, aby nie zapomniał o tym, co zobaczył szybciej niż zdąży zjeść batona po wyjściu z kina, a faktycznie coś zmienił. Reżyser oznajmia że 80% produktów (także tych uznawanych za wytrawne, co doskonale demonstruje zastępując podczas posiłku sos do kurczaka ilością cukru, którą zawiera) dostępnych obecnie na półkach superkarketów nie stroni od cukru, po czym zapewnia, że razem ze swoją rodziną odstawił go całkowicie już dawno temu. W głowie żywieniowego laika podczas seansu mnożą się więc pytania: Jak oni to robią?! Odpowiedzi w filmie brak (może poza licznymi scenami przedstawiajacymi szczęśliwą rodzinę Gammeau podczas zdrowych posiłków, z których trudno jednak wywnioskować kulinarne konkrety), jednakże, jak mówi sam reżyser, nie taki był cel. Tezą filmu nie jest to, że ludzie powinni przestać jeść cukier. Chciałem zwiększyć świadomość konsumentów na jego temat - zrobić film, który nie tylko informuje, ale też bawi. Jeśli taki był więc zamysł – został on bez wątpienia zrealizowany.

skopiuj url:

Partnerzy