Recenzje

"Song to song" czyli o konsekwencjach grzechu

Film: "Song to song"

Autor: Jan zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Terrence Malick dzieli krytyków i widzów jak chyba żaden inny współczesny reżyser, a jego kino od lat budzi bardzo skrajne opinie. Dzieje się tak ze względu na formę, w jakiej reżyser przedstawia swoje historie: brak linearnej fabuły, rwany montaż, patos i poruszane kwestie egzystencjalne zniechęcają wielu widzów. 

Filmy Malicka z jednej strony są genialne pod względem audiowizualnym, z drugiej jednak, oglądając je, mamy wrażenie porozrzucanych kawałków z których sami musimy złożyć historię. Ta mozaika jest w dodatku stworzona z impresyjnych obrazów, pełnych niedomówień, półgestów, a większość słów pada zza kadru, Reżyser znany jest ze swojego chrześcijańskiego patrzenia na świat: we wcześniejszych filmach podejmował tematy stworzenia człowieka, grzechu i wzywał do nawrócenia w typowym dla siebie pompatycznym i manierystycznym stylu. W Song to song znowu przygląda się zawiłym losom pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków, robi to z z niemałą empatią i checią zrozumienia, jednak grzech nadal jest dla niego grzechem, dlatego (nawet jeśli nieświadomie) Malick próbuje zmienić nasze życie, zwrócić uwagę na "upadek wartości". Słowem: stary mędrzec poucza i moralizuje młodych, dopiero zaczynających dorosłe życie.

Song to song historia rozgrywa się głównie pomiędzy trójką bohaterów. Centrum wydarzeń stanowi Faye (Rooney Mara), to z jej perspektywy najczęściej śledzimy losy wszystkich postaci. Widzimy jak miota się emocjnonalnie pomiędzy ciepłym i czułym muzykiem BV (Ryan Gosling) a wpływowym w świecie muzyki, lecz cynicznym Cookiem (Michael Fassbender). Kolejne spotkania wspomnianego trójkąta dają nam obraz wyższych sfer przemysłu muzycznego (a przynajmniej obraz widziany oczami Malicka). Cook ma urok i charyzmę, jest mefistofeliczny, zepsuty do szpiku kości. Wystarczy przywołać jego słowa: "Tego świata nie można ogarnąć na trzeźwo". I to własnie on pociąga Faye w coraz większą emocjonalną pustkę. Jednak wszyscy bohaterowie filmu lawirują pomiędzy zdradami, brakiem zaufania, autentyczną miłością, seksem i brudem dekadenckiego świata. Nawet najbardziej czysty BV skrywa swoje grzechy i niejednokrotnie jesteśmy w stanie zanegować słuszność podejmowanych przez niego decyzji. Niestety, Malick nie potrafi dobrze (autentycznie) pokazywać tego, co sobie wyobraża. Zbyt poetycko pokazuje grzech i występek. Cook nie może zatem zażywać narkotyków inaczej jak w spowolnionym tempie przy blasku wpadającego przez okna jego willi słońca. Trudno było również ukryć uśmiech zażenowania, kiedy bohater przeżywał pewnego rodzaju oczyszczenie religijne a w tle słyszeliśmy Angelus Wojciecha Kilara (jestem bardzo ciekaw jak ten fragment odebrał zagraniczy widz). Faye jest bohaterką najbardziej sprzeczną: poszukuje miłości (w jej mniemaniu jest to głównie doświadczenie fizyczne), jednocześnie jednak przez związek z Cookiem pogrąża się w jeszcze większej depresji; wykładnia Malicka jest tu oczywista: na grzechu nie można zbudować szczęścliwego życia. Jednak cała głębia postaci Faye ucieka z każdym jej wypowiedzianych słowem, przypominającym raczej rozterki naiwnej nastolatki. To wszystko sprawia, że film Malicka jest nierzeczywisty, trudno nam uwierzyć w sytuacje bohaterów, a jescze trudniej wyzwolić w sobie jakieś uczucia względem nich. Niekoniecznie muszą być to uczucia pozytywne, bardzo chętnie odczułbym niechęć do Faye, Cooka czy BV, jednak jedyne na co mogłem się zdobyć podczas seansu to obojętność. Najbardziej nierzeczywisty jest sam obraz w filmie: zdjęcia Emmanuela Lubezkiego są perfekcyjnie dopracowane i poetyckie co znowuż czyni je wtórnymi i banalnymi (zachody słońca, ptaki przelatujące na niebie itp.). Malick zdążył nas już przyzwyczaić do takiej estetyki, w filmie nie spełnia jednak ona żadnej ważniejszej roli, co więcej: szkodzi obrazowi przez swoją nieatentyczność. Nie są to jednak moje główne zarzuty co do Song to song.

Kluczem do interpretacji całego dzieła jest, moim zdaniem, pierwotny tytuł, jaki miał nosić film, zaczerpnięty z fragmentu powieści Fale Virginii Wolf, czyli: "nieważkość". Stan ten przepełnia cały obraz, nieważkość jest psychiczna i fizyczna, są w niej bohaterowie, ale również sam reżyser. Faye korzystając z uciech życia u boku Cooka, wciąż czuje pustkę - grzech nie wypełnia, bo nie może wypełnić człowieka. W wymiarze fizycznym i dosłownym wszyscy bohaterowie zgrabnie i z gracją przechadzają się po różnych pomieszczeniach w tylko im znanym rytmie i według ustalonej choreografii, muskają firany lekko unosząc się nad powierzchnią ziemi, szukają oparcia, którego - według reżysera - nie znajdą w obecnym stylu życia. Warto dodać, że w Song to song nawet sceny seksu grane są w pełnym ubiorze i przypominają raczej wirujący balet dwóch złączonych ze sobą postaci aniżeli faktyczne zbliżenie seksualne. Konsekwencją grzechu jest zatem nieważkość, ale sam Malick również ulega grzechowi pychy i wywyższenia nad innymi, aczkolwiek robi to poniekąd nieświadomie i w dobrej wierze. W Song to song, pomimo wszystko, widać empatię reżysera, widać jego autentyczne zaangażowanie w ocalenie świata przed grzechem. Malick poszukuje ludzkiej duszy w zdegradowanym przez nadmiar (złych) doznań świecie i poprzez swoje filmy chce nas skłonić do rachunku sumienia i końcowego nawrócenia. Widać wyraźnie, że taka postawa jest wręcz bluźniercza, gdyż reżyser sam kreuje się przez to na pewnego rodzaju zbawcę, duchowego przewodnika XXI w.

Dlatego "nieważkość" reżysera określiłbym raczej jako zawieszenie pomiędzy dwoma światami, czy bardziej: wartościami. Malick zauważa zbłądzenie człowieka, pragnie jego nawrócenia i zwrotu do sfery sacrum, jednocześnie w ogóle nie rozumiejąc świata, w jaki starał się wkroczyć w filmie. A tym bardziej nie zauważając własnego zbłądzenia gdzieś w trakcie tego procesu. Pomimo szlachetnych intencji reżysera i przesłania, z którym można dyskutować, ale nie można odrzucać z założenia; wydaje się, że Malick posunął się w niektórych kwestiach za daleko.

skopiuj url:

Partnerzy