Recenzje

Historia współczesna w ortalionowej bluzie

Film: "Yuma"

Autor: Wojciech zobacz co jeszcze skomentował ten użytkownik

Polska kinematografia jest tak bardzo naznaczona przez okres wojenny i powojenny, że filmy ukazujące historię współczesną są, bez przesady, unikatami. Nie wiem, czy nie ma w nas jeszcze potrzeby uporządkowania spraw związanych z historią najnowszą, czy filmowcy boją się poruszać kwestie, które są łatwo weryfikowalne dla doświadczonej przez ten okres publiczności, czy może jednak to przywracanie pamięci i głosu, tym którzy go dotychczas nie mieli, w czasach wszechobecnej pyknolepsji i technokracji, jest na tyle atrakcyjne, że dominuje we współczesnym kinie z historycznym tłem.

Z historią Polski w ogóle jest problem, ponieważ lubimy na łamach tekstów kultury onanizować się jej “białą barwą”, używając słów: honor; bohaterstwo; szlachetność, a czerwonej nie dostrzegamy- kiedy to nasi rodacy mają krew na rękach, wolimy w wymownym milczeniu odwrócić wzrok. Podchodzimy do patriotyzmu tylko na poważnie- z zaciśniętymi zębami, ręką na piersi i krucyfiksem na ścianie- abstrakcją wydaje się dziś i jeszcze pewnie przez długi czas ironiczna propozycja jednego z bohaterów “Hiszpanki” Łukasza Barczyka, który w filmie proponuje, aby szacunek do krwi i męczeństwa, z którym kojarzy nam się biało-czerwona flaga, zamienić na sympatię do truskawek i bitej śmietany o tych samych barwach.

Każdy zniuansowany twórca filmowy wie, że to co najbardziej interesujące i humanistyczne w filmach, które odwołują się do historii, to nie przedstawienie faktów, które znamy z podręczników historycznych, ale zawarcie w nich opisu społeczeństwa i ukazanie panujących w nim nastrojów, mechanizmów, motywacji i pragnień. Nieraz bywało tak, że wielcy twórcy historycznych epopei tracili ekranową wiarygodność, gdy z pola bitwy kierowali kamerę do wnętrza domów swoich bohaterów, aby zarejestrować ich rozmowy, czy uchwycić emocje. Andrzej Wajda nie tak dawno zapytany o komentarz dotyczący scenariusza Katarzyny Rosłaniec do filmu “Galerianki”, powiedział, że sprawia on wrażenie napisanego przez trzynastoletnią dziewczynkę, na co reżyserka odpowiedziała, że...to jest film o trzynastoletnich dziewczynkach. Ta niezbyt wyczerpująca polemika najlepiej oddaje naturę problemu, który zawiera w sobie kwestię: jak najbardziej wiarygodnie i sprawiedliwie sportretować to i tych, którzy żyją teraz, nie ignorując tego, że wpływ na nich bez wątpienia miało to, co wydarzyło się wcześniej. Tego trudnego zadania podjął się Piotr Mularuk w filmie “Yuma” i mam wrażenie, że mu się udało.

Twórca opowiada o czasie tranformacji - styku lat 80 i 90. Znaleźć się w samym centrum historycznych wydarzeń to już jest coś, ale co potem ? Czy da się z dnia na dzień dokonać zmiany swojej mentalności, zapomnieć o tym co było, wyzbyć się nawyków i wartości? W nowym świecie po przemianie nie ma czasu na wątpliwości i pytania. Jest nowa rzeczywistość i albo znajdujesz sobie w niej miejsce za wszelką cenę, albo godzisz się, co wcale nie musi być jednoznacznie pejoratywne bądź pozytywne, na pewien rodzaj społecznego wykluczenia i ostracyzmu.

Wszystko zaczyna się od Zygi, granego przez Jakuba Gierszała, który za namową przedsiębiorczej ciotki Haliny (Katarzyna Figura) zaczyna szmuglować za niemiecką granicę tanie papierosy. Już od pierwszej wizyty zachodni dobrobyt wywołuje u niego bezdech. Protagonista czuje, że nie pasuje do tamtej rzeczywistości, co postanawia jak najszybciej zmienić, realizując dziecięce marzenie- kupując groteskowe buty kowboja. Takie właśnie smaczki wychodzą twórcy najlepiej. Całą stłamszoną młodość, może nie pozbawioną beztroskiej zabawy w kowboja, ale na pewno bez możliwości zmaterializowania się marzeń o plastikowym pistolecie i efektownych kozakach, Mularuk wyraża nie wprost i z humorem. Gdy Zyga w pełni poznaje zasoby niemieckich sklepów, postanawia jumać. Czyli po prostu, jak dowiadujemy się z przywołanego na początku cytatu, kraść.

Opowieść Mularuka o chłopakach z niewielkiej, przygranicznej miejscowości, którzy postanawiają polepszyć sobie życie, kradnąc towar z niemieckich sklepów, nie jest tylko niezwykle precyzyjną relacją z młodości w trudnych, ale odzianych w błyszczące adidasy, świecące kurtki i sportowe bluzy czasach. W rytm ówczesnych muzycznych przebojów, w tym rodzącego się wtedy hip- hopu, reżyserowi udało się zilustrować poturbowaną przez historię społeczność, pełną układów większych i mniejszych, korupcji i prostytucji, w której to w rozmowie przy wódce, to w rozbitej szybie, ujawnia się demon nacjonalizmu i powszechne uprzedzenia do zagranicznych sąsiadów.

Twórca raz obserwuje pokrzywdzoną społeczność z wrażliwością, a raz piętnuje ją za bezrefleksyjne zatracanie się w dzikiej gospodarce wolnorynkowej i wszystkich jej patologiach oraz kapitalistyczne dążenie do luksusu, który przez długi czas był poza zasięgiem ich dłoni. Reżyser wydaje się dobrze rozumieć ich wewnętrzny chaos i roztargnienie, ale nie wybacza im fizycznej przemocy i z niemałą przesadą pokazuje na ekranie ich moralny proces rozkładu. W tym zdecydowanie zabrakło mu subtelności i merytoryczności- rabusie odziani w zachodnie kreacje zatracają się w patologii, ich twarze stają się coraz bardziej czerwone od alkoholu, a ich zachowanie coraz bardziej agresywne. Ich przemiana z beztroskich chłopaków w gangsterską szajkę wypada niewiarygodnie, nie ma oparcia w scenariuszu- musimy ją odczytać z dziwacznego grymasu na wyalienowanej twarzy Gierszała i usłyszeć w paru agresywnych pokrzykiwaniach jego kolegów. Brak w świecie reżysera półśrodków- tuataj albo jest się gospodarną Matką Boską Polką albo burdelmamą. Choć reżyser nie wyśmiewa się z Polaków czasu transformacji, jak to robi Masłowska w “Między nami dobrze jest”, to tak jak ona dostrzega w ich zachowaniu jakieś zezwierzęcenie.

Jednak “Yuma” to w gruncie rzeczy film bardzo propolski, jakby to dziś chcieli przyjąć niektórzy publicyści. Główny bohater Zyga jest niczym popeerelowski Robin Hood, który to, co ukradnie zatraconym w dobrobycie sąsiadom zza zachodniej granicy, oddaje rodzinie i znajomym- polska solidarność w najczystszej postaci. Jednak nie tylko dobrze ukazane są w “Yumie” ówcześnie panujące nastroje, imponuje też wrażliwość reżysera, grupy scenografów i kostiumolożki. Wrażliwość wcale nie na zmiany zachodzące w głowach i sercach, które przecież nie następują tak mechanicznie jak choćby te trywialne w wystroju mieszkania, i to w tym duchu na ścianach w sypialni Zygi wisi plakat Solidarności, na ekranach telewizorów w jego domu płomiennie przemawia papież, a paczki przesmuglowanych z Rosji czerwonych Marlboro wysypują się z meblościanek w kuchni. Podobnie jest z kostiumami- fotosy filmowych bohaterów spokojnie mogłyby posłużyć za ilustracje do “Historii Mody” Françisa Bouchera, bo świetnie ukazują, jak zmieniał się wtedy styl Polaków i Polek.

Mularczyk ma innowacyjne, racjonalne i świadome spojrzenie, bo z czasem transformacji obchodzi się sprawiedliwie, a co więcej, między wierszami, wybrzmiewa w “Yumie” to, co na głos zostanie wyartykułowane dopiero później, i to nadaje filmowi jego niechlubną, ale jednak siłę.

 

skopiuj url:

Partnerzy